Początek historii

11 kwietnia 1974 roku, Erewań w Armenii. Karen Grigorian przychodzi na świat. W Armenii idzie do szkoły (dziesięcioletni system łączący szkołę podstawową z liceum), a następnie podejmuje dalsza edukację w szkole czołgistów. Niedługo po zakończeniu nauki w Erewaniu wyjeżdża z rodzimego kraju, nie sądząc, że przez kolejne 16 lat nie dane mu będzie wrócić.

Emigracja

Jesień 1992 roku. Karen żegna się z matką i siostrą i wsiada do pociągu, który kieruje się do Centralnej Europy. Jedzie do Polski, nie mając pojęcia, gdzie dokładnie skończy się jego podróż. Jedyne, co ma, to informacja z przed 3 miesięcy mówiąca, że jego ojciec mieszka w Szczecinie. Ze stu dolarów płaci za pociąg i z marną resztą wysiada na dworcu w Zachodniopomorskim.

Siła determinacji

Ormianin nie mówi po polsku, stara się więc porozumieć w języku rosyjskim. Pyta ludzi, trochę błądzi, wreszcie dociera na ulicę Szosa Polska - pod domniemany adres zamieszkania ojca. Puka do drzwi i zostaje postawiony przed faktem, że nikt z jego rodziny już tutaj nie mieszka. Po tej krótkiej informacji zamykają się drzwi przed jego nosem. 17-letni chłopak siada na schodach przed domem i ogarnia go chwila słabości. Wie jednak, że nie może się poddać. Wstaje, puka i pyta znowu. Uzyskuje dodatkową informację - ma się kierować na szczeciński Skolwin, autobusem linii 63.

Po całym dniu nieudanych poszukiwań Karen Grigorian staje na przystanku autobusowym i czeka. Autobus nie jeździ zbyt często, a on jest jedyną osobą na przystanku. Po około dwudziestu minutach nadjeżdża. Gotowy na dalszą podróż Karen zdziwiony stwierdza, że autobus nie zwalnia. W pzekonaniu, że był zapewne pełny, czeka dalej. Mija kolejne 20 minut. Jedzie następny i sytuacja się powtarza. Zmęczony nieudanym dotychczas dniem i cała tą sytuacją Karen wciąż czeka. Po kolejnych 20 minutach, nie mając ochoty znowu przegapić transport, wychodzi na środek ulicy zagradzając drogę trzeciemu już autobusowi. To był przystanek na żądanie. Autobus oczywiście się zatrzymał.

Ciąg dalszy

Tego dnia Karen dotarł do domu swojego ojca. Dziś wcale się nie różni od tego chłopca, który 16 lat temu szukał swojego ojca. Jest zaradny, bezpośredni i do bólu szczery. I zawsze potrafi dojść do celu.

Ania - żona Karena - o mężu i jego sztuce:

Kiedy w 2004 roku zaczęliśmy się spotykać, oszalałam na jego punkcie. A kiedy w niecały rok później braliśmy ślub, cały świat pukał się w czoło. Ale cały świat nie miał racji.Najbardziej cenię swojego męża za to, ile czasu i pracy poświęca rodzinie. Dla niego nie ma nic ponadto. Ale jest jeszcze coś. Rzeźby. Metaloplastyka to jego drugi świat, który pochłania go całkowicie. Jeżeli ktoś tak bardzo kocha to, co robi, to to, co tworzy, musi być doskonałe.